Niebezpieczeństwo w nocy
Emma czuła, jak blisko są wilki, słysząc, jak powietrze świszcze między ich zębami. Las, który często był jej jedynym towarzyszem, tej nocy wydawał się głodny. Oparła plecy o drzwi chaty, trzymając trzęsącą się strzelbę w zmarzniętych rękach. Trzy zimy spędzone samotnie nauczyły ją odczytywać znaki gór: nagły spokój ptaków, ślady przerywane przy strumieniu, wiatr nagle zmieniający kierunek, jakby uciekał przed czymś.
Jednak tym razem ostrzeżenie nie nadeszło z milczenia, lecz z ludzkiego głosu.
Mały, przenikliwy płacz przeciął ciemność niczym nóż. Emma zwróciła głowę w stronę okna, serce bijąc jej mocno w piersi. Wśród sosen, ledwie widocznych w słabym blasku księżyca, dostrzegła dwie sylwetki: dziewczynkę, która potykała się w śniegu sięgającym jej kolan, a za nią wysoką sylwetkę mężczyzny, który szedł z pewnością kogoś, kto już stawiał czoła gorszym rzeczom niż stado wilków.
Jej instynkt nakazał jej zamknąć drzwi, zaryglować je i udawać, że nic nie widziała. W tych stronach otwieranie drzwi nieznajomym mogło oznaczać, że nie ujrzy się nowego dnia. Jednak nogi dziewczynki ugięły się, jej szlochanie stało się coraz bardziej rozpaczliwe, a z tyłu Emma dostrzegła szare cienie poruszające się między drzewami. Wilki znalazły łatwą ofiarę.
— Tutaj! — krzyknęła, nie myśląc zbyt długo — Biegnijcie tutaj!
Mężczyzna wziął dziewczynkę na ręce i pobiegł. Emma otworzyła drzwi na oścież, wyszła na werandę i oddała dwa strzały w powietrze, ponad ich głowami. Wystrzały rozbrzmiały w dolinie, a cienie zatrzymały się, wahając się. Głęboki warkot, żółte oczy błyszczące w ciemności, a potem stado rozproszyło się wśród drzew.
Mężczyzna niemal poślizgnął się wstępując na drewniane schody, trzymając dziewczynkę mocno przy piersi. Kiedy w końcu weszli, Emma zamknęła drzwi z hukiem, zaryglowała je, czując, jak serce bije jej w gardle.
Z bliska mężczyzna wydawał się młodszy, niż sugerowały linie jego opalonej słońcem twarzy – miał około trzydziestu lat. Dziewczynka, z różowymi policzkami od zimna, miała najwyżej siedem lat. Oboje mieli na sobie przemoknięte, cienkie ubrania, zupełnie nieodpowiednie na burzę śnieżną w pełni zimy.
— Zgubiliśmy konie — wyjaśnił, jego głos był chropowaty jak żwir, ale krył w sobie coś delikatnego — Zgubiliśmy orientację w śnieżycy. Zobaczyłem światło w twojej chacie i…
Nie dokończył zdania. Nie było to konieczne.
Chata Emmy była mała: jedna izba, łóżko, stół, kilka krzeseł, parę półek i niewiele zapasów, aby przetrwać zimę. Wystarczająco dla jednej osoby, nie dla trzech. Obserwując ich, czuła, jak w jej umyśle zaczyna działać niewidoczny kalkulator: ile worków mąki jeszcze ma, ile wędzonego mięsa, ile dni mogłaby to podzielić, jeśli się podzieli.
Ale dziewczynka tak bardzo drżała, że zęby jej dzwoniły.
— Tylko… na jedną noc — powiedziała w końcu, odsuwając się, aby ich wpuścić — Kiedy burza ustanie, pójdą dalej.
Mężczyzna utrzymał jej spojrzenie. Miał szare oczy, zimne jak niebo w styczniu, ale nie było w nich gróźb, tylko coś w rodzaju głębokiego zmęczenia.
— Na jedną noc — powtórzył — Masz moje słowo.
Nie podał swojego imienia, a Emma również nie zapytała. W tej okolicy czasami lepiej było nie wiedzieć za dużo. Powiesiła mokre płaszcze blisko ognia, starając się nie dotknąć zbyt mocno wełny mężczyzny ani sukienki dziewczynki. Jego buty były skórzane, szyte na miarę, zużyte, ale drogie. Sukienka dziewczynki miała koronkowe wykończenia przy dekolcie. Nie wydawali się włóczędzami ani przestępcami.
A właśnie dlatego mogli być bardziej niebezpieczni.
Emma podała prostą zupę w drewnianych miseczkach: wodnisty bulion, więcej ziemniaków niż mięsa, ale gorący. Obserwowała, jak mężczyzna je mu powoli, łamiąc chleb na małe kawałki i najpierw podając je córce. To, jak na nią spoglądał, jak dbał, aby najpierw zjadła, delikatność, z jaką odkładał jej mokre włosy za ucho… takich rzeczy nie dało się udawać.
— Jesteś daleko od jakiejkolwiek wioski — powiedziała Emma, przerywając milczenie.
— Lubimy tak — odpowiedział, nie odwracając wzroku od niej — A ty również. Żyjesz tu sama. Trzy zimy. To… odważne.
Strong>Kluczowa myśl: Słowo ‘odważne’ uciekło z ust Emmy, wydające się nie być komplementem. Odważna, zdesperowana, złamana… często to wszystko się mieszało.
— Uciekasz od czegoś, czy zmierzasz w stronę czegoś? — odważyła się zapytać.
On tylko krótkimi uśmiechami i błyskiem, niemal zapomnianym w oczach, odpowiedział: — Zależy od dnia.
Dziecko uniosło głowę, budząc się nagle. — Mam na imię Sara — szepnęła — Tata mówi, że nie powinnam rozmawiać z obcymi, ale ty uratowałeś nas przed wilkami.
— Saro, to wystarczy — powiedział mężczyzna, łagodnie, ale stanowczo.
Emma poczuła, jak coś w jej piersi nieco się luzuje. Odłożyła łyżkę, wstała i zaoferowała im swoje jedyne łóżko.
— Ona może spać tam. Ty zostaniesz na podłodze, blisko ognia.
— Nie musiałaś nas przyjąć — wymamrotał, kładąc dziewczynkę ostrożnie na łóżku.
— Też nie musiałam zostawiać was na pastwę wilków — odparła Emma, wzruszając ramionami — Na zewnątrz pomoc innym to jedyne prawo, które wciąż ma znaczenie… nawet kiedy nie stać cię na nic.
Powiedziała to, jakby mówiła o pogodzie, ale czuła, że właśnie otworzyła drzwi, które przysięgła trzymać zamknięte na zawsze. Nie tylko drzwi chaty.
Tej nocy, gdy wiatr zewsząd wył i burza mocno trzaskała w ściany, Emma czuwała przy ognisku, z bronią blisko, obserwując, jak obcy śpi na podłodze, z ręką wyciągniętą w kierunku łóżka, jakby mógł bronić córki nawet we śnie. Nie wiedziała, że ta pozornie mała decyzja, aby wpuścić dwóch obcych w śnieżny wieczór, miała wszystko zmienić: jej samotność, przyszłość i sposób, w jaki postrzegała miłość oraz życie.
Nie mogła również przewidzieć, że za tym zarostem pokrytym szronem i w drogich butach kryje się milioner cowboy.
Poranek nastał szary i ostry, a z nim pierwsza poważna troska. Burza nie osłabła; wręcz przeciwnie, wydawała się wściekła na to, że została poddana wyzwaniu. Z małego okna Emma zobaczyła tylko biały świat, bez lasów, bez ścieżek, bez odnośników. Tylko śnieg opadający w gęstych kotarach.
— Nie możemy podróżować w tym — powiedział mężczyzna, zerkając przez okno.
Emma milczała. Jedna noc dzielenia jedzenia to była charytatywny gest. Dwie lub trzy noce zaczynały być problemem przeżycia. Ona obliczała zimę co do grama, jak księgowa, która nie może sobie pozwolić na błędy.
— Upoluję — dodał, jakby czytał jej myśli — Zarobię nasz pobyt.
Odwróciła się w jego stronę, z uniesioną brwią i wskazała na zamieć ruchomą brodą. — Pójdziesz polować na zewnątrz?
— Polowałem w gorszych warunkach — odpowiedział, przeglądając strzelbę z wprawnymi rękami — Masz pułapki wspomniane blisko strumienia, ale w tej pogodzie są puste. Skupię się na świeżych śladach. Sara zostaje z tobą. Czy to w porządku?
Powiedział to jak pytanie, nie jak nakaz, a to zdobyło u Emmy cichy szacunek. Kiwnęła głową. Dziewczynka obudziła się, gdy ojciec schylił się, aby pocałować ją w czoło.
— Zachowuj się dobrze przy pani Emmie — szepnął.
— Czy wrócisz? — zapytała, z tą absolutną wiarą, jaką mają tylko dzieci.
— Zawsze — odparł, jakby składał przysięgę na coś świętego.
Kiedy drzwi zamknęły się za Jamesem, chata zdawała się dziwnie duża: zbyt cicho dla tak niewielu osób. Emma spojrzała na dziewczynkę, która siedziała na łóżku z nogami zwisającymi, porządkując lalkę z odkrytą głową, którą wyjęła ze swojej małej torby.
— Umiesz szyć? — zapytała Emma po chwili, czując się niezdarnie. Zbyt długo nie miała kontaktu z dziećmi.
Oczy Sary rozbłysły.
— Mama mnie nauczyła… — zaczęła, ale nagle się zatrzymała, tak jakby powiedziała coś zakazanego.
— W takim razie będę potrzebować twojej pomocy — powiedziała Emma, jakby nie usłyszała drżenia w głosie.
Wyciągnęła starą sukienkę z rozdarciem w dolnej części, a one usiadły razem blisko ognia. Igły migały w pomarańczowym świetle, a milczenie, które je otaczało, stawało się przyjemne, prawie ciepłe. Szwy Sary były staranne i proste. W każdy ruch widać było rękę cierpliwej matki.
— Tata jest bardzo smutny — powiedziała dziewczynka, nagle — Odkąd mama poszła do nieba.
Emma zatrzymała igłę w powietrzu.
— Czy to było dawno? — zapytała łagodnie.
— Dwa lata — odparła Sara, wpatrując się w materiał — Ale już o niej nie mówi. To oznacza, że o niej zapomina, prawda?
Emma przełknęła ślinę. Gardło nagle ją zabolało.
— Nie, mała — powiedziała w końcu — Czasami ludzie milczą, ponieważ za dużo pamiętają, nie dlatego, że zapominają.
Sara kiwnęła powoli, jakby te słowa pasowały do czegoś, co już podejrzewała. Na zewnątrz burza huczała. Wewnątrz dwie dusze spragnione tego samego rodzaju miłości siedziały obok siebie, naprawiając rozbite rzeczy, które były więcej niż tylko sukienkami.
James wrócił późnym popołudniem, z szronem przyklejonym do zarostu i dwoma królikami zawieszonymi przy pasku. Trząsł się tak, że zęby mu dzwoniły. Emma miała już garnek na ogniu; zupa, prosta, ale gorąca, czekała. Gdy rozgrzewał ręce, ona chowała kamienie blisko ognia, by umieścić je pod kołdrą.
— Zabijesz się, próbując udowodnić, jak jesteś użyteczny — wymamrotała, nie patrząc na niego bezpośrednio.
— Nie mogę brać, nie dając w zamian — odparł, z niebieskimi ustami z zimna — Nie od kogoś, kto już dał wszystko.
Te słowa przeszły przez jej obrony. Emma odwróciła wzrok, czując się niekomfortowo, jakby nagle za dużo widział. Spędziła wystarczająco dużo czasu w samotności, by zapomnieć, jak to jest być dostrzeganą jasno.
Kiedy skończyli jeść, James usiadł obok ognia. Ciepło przywracało mu kolor do twarzy. Sara już spała, wyczerpana, opierając głowę na udzie Emmy, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie.
— Nie zapytałaś kto jestem — powiedział, przerywając milczenie.
— Przypuszczałam, że powiesz mi, jeśli chcesz — odpowiedziała Emma.
— James — rzekł w końcu — James Cotton.
To imię nic jej nie mówiło. Dla niej był tylko kolejnym zagubionym człowiekiem w górach.
— Powinno ci coś mówić — dodał James z gorzkim uśmiechem — Mam ziemię. Wiele. Bydło. Konie. Dom tak wielki, że czasami wydaje się pusty, nawet przy pełnej rodzinie.
Emma uniosła wzrok, zaskoczona. Nagle drogie buty, dobra jakość tkanin, uprzejmy sposób mówienia złożyły się w całość, jakby układanka się ułożyła.
— Czyli jesteś bogaty — powiedziała wprost.
— Mam pieniądze — poprawił — Ale to wszystko nic nie znaczy, gdy jedyne, czego brakuje, to to, co naprawdę istotne. Miłość matki dla mojej córki. Bezpieczny dom.
Przyjrzał się Sarze, która spała spokojnie, jakby zaufanie do niego i Emmy przyszło jej z największą łatwością na świecie.
— Ona ma ciebie — powiedziała Emma — To nie mało.
— Jestem tylko półtora ojcem w najlepsze dni — wymamrotał James, zaciskając pięści — Ona zasługuje na coś lepszego.
Emma dłużej przyglądała mu się, czując, jak ogień nagrzewa jej twarz, a coś innego grzeje serce.
— Zasługuje na to, abyś był cały — powiedziała powoli — to różnica między byciem doskonałym a po prostu byciem sobą.
Jego oczy znalazły jej wzrok, a przez chwilę, pośród trzaskania drewna i odległego ryku wiatru, dzielili milczenie, które mówiło wszystko: ciężar smutku, poczucie winy, zmęczenie oddychania, gdy ci, których kochali, już nie byli.
Na następny ranek niebo w końcu rozjaśniło się, twardo niebieskie i chłodne nad białym morzem śniegu. James odnalazł swoje konie schowane w pobliskim wąwozie i z tą samą determinacją, z jaką wszedł do chaty, oznajmił:
— Pojadę do wioski. Zdobędę drewno na twój dach, gwoździe, jedzenie.
— Nic mi nie jesteś winien — protestowała Emma.
On spojrzał jej w oczy.
— Wiem, co jestem winien. I nie jest to tylko dach.
Kiedy wsiadł na konia i odjeżdżał na południe, Emma poczuła dziwny ucisk w piersi, mieszankę ulgi i strachu. Za nią Sara obserwowała z drzwi.
— Tata cię kocha — powiedziała dziewczynka, z najprostszą pewnością na świecie.
Emma zaśmiała się, zdenerwowana.
— On tylko jest uprzejmy, mała.
— Nie — zaprzeczyła Sara — On śmieje się inaczej, kiedy ty mówisz. Tak jak kiedyś… kiedy mama była żywa.
Słowa dziewczynki uderzyły w jej serce. Emma chciała zaprzeczyć, zmienić temat, ale nie wiedziała jak. Zamiast tego wróciła do swoich zajęć, próbując zignorować nasionko, które dziecko właśnie zasadziło w najgłębszych zakamarkach jej duszy.
James wrócił przed zmierzchem, ociekając drewnem, gwoździami i więcej jedzenia, niż Emma mogłaby kupić przez miesiące. Nie pozwolił jej protestować. Przez następne dni naprawiał dach, balustradę werandy, drzwi, które zawsze się zacinały, gdy robiło się zimno. Sara biegała między nimi, przynosząc młotki, trzymając deski, śpiewając piosenki, które jej mama nauczyła.
Chata zaczęła przypominać dom, a nie mogiłę.
Powoli Emma przestała liczyć dni, które pozostały do ich wyjazdu.
Jednej nocy, gdy Sara spała, a drewno powoli się wypalało, James rzekł:
— Powinienem wrócić do rancza. Mój majster zna się na rzeczy, ale są decyzje, które tylko ja mogę podjąć.
Emma zauważyła, jak zamyka jej się pierś, jakby ktoś otworzył okno w środku zimy.
— Więc idź — odpowiedziała, z jak najsilniejszym głosem — Twoja córka cię potrzebuje.
James głęboko odetchnął.
— Idź z nami.
Te słowa unosiły się między nimi, naładowane czymś, co żadne nie odważyło się nazwać.
— James… — Emma zaprzeczyła z głową — Nie proszę cię, byś się ze mną żenił.
— Ja też nie — rzekł — Jeszcze. Po prostu proszę, abyś przyszła do rancza. Abyś zobaczyła, czy Sara miała rację, czy to… — wskazał przestrzenią między nimi — jest czymś więcej niż tylko życzliwością.
Emma spojrzała na swoje zgrubiałe dłonie, na swoją zużytą sukienkę, na stare buty obok jego.
— Nie mam nic do zaoferowania — wyszeptała — Nie jestem tym typem kobiety, która pasuje do świata milionera ranchera.
— Jesteś dokładnie tym typem kobiety, której chcę w tym świecie — odpowiedział bez wahania — Wiem, że oddałaś swoje ostatnie jedzenie obcym w czasie burzy. Wiem, że moja córka znów się śmieje z tobą. Wiem, że po raz pierwszy od śmierci mojej żony czuję się… ludzki.
Pochylił się nieznacznie, wciąż jej nie dotykając.
— Wiem, że jestem w pół drogi zakochany w tobie, Emma, i nie chcę odejść, nie wiedząc jak to jest być zakochanym w pełni.
Serce Emmy zabiło szybciej. Trzy zimy spędzone w samotności nauczyły ją, jak budować mury, jak wznosić nawyki jak tarcze. W środku krzyczało jej, żeby powiedziała nie, by została w swojej chacie, by przetrwała bez ryzykowania kochania kogoś więcej.
Ale potem przypomniała sobie małą rękę Sary, szukającą jej w nocy, śmiech dziewczynki wypełniającą chatę, dźwięk młotka Jamesa, wzmacniającego każdą deskę jakby wzmacniał także jej pragnienia na przeżycie. Przypomniała sobie, jak to było patrzeć na niego i czuć się dostrzeganą, nie jako złamana kobieta, której wszyscy unikali w wiosce, ale jako ktoś, kto wciąż miała coś do zaoferowania.
— Mam jeden warunek — powiedziała w końcu, cicho.
— Jakikolwiek — odpowiedział, nie wahaąc się.
— Jeśli nie pasuję, jeśli to nie zadziała… pozwól mi odejść z godnością. Bez dobroczynności, bez litości.
Uśmiech Jamesa był jak wschód słońca przebijający się przez chmury.
— Umowa zawarta — powiedział, wyciągając rękę.
Emma ją ujęła. Dłoń była szorstka i ciepła. Po raz pierwszy od dawna poczuła, że nie łapie się liny, by nie upaść, lecz ręki, by iść dalej.
Ranczo Jamesa odbierało oddech. Nieskończone wzgórza, niebo otwierające się jak ocean, stada koni rysujące się na horyzoncie. Główna chata była ogromna, z solidnego drewna i szerokimi oknami. Mogłaby wchłonąć jej chatę dziesięć razy.
Ledwo zeszła z powozu, pracownicy zdjęli kapelusze w geście szacunku, ale plotki szybko się rozpoczęły.
— Kim ona jest? — zdążyła usłyszeć Emma, przechodząc obok stajni.
— Kobieta, którą znalazł na pustyni — odpowiedział inny, cicho — Biedaczka, pewnie myśli, że schwytała bogatego człowieka.
Emma wyprostowała plecy. Przeżyła wilki, zimy i samotność. Można było przeżyć pogłoski. Tak przynajmniej próbowała sobie powtarzać.
James przedstawił ją swojemu majstrowi, mężczyźnie z wytrzeszczonymi oczami, na imię Dutch, który przyglądał się jej przenikliwie.
— Pani — powiedział, z szacunkiem, ale dystansem.
— Mogę pracować — odpowiedziała Emma, zanim ktokolwiek mógł jej coś zaproponować — Nie oczekuję dobroczynności.
Coś w twarzy Dutcza się zmieniło, jak gdyby na nowo ją oceniał.
— Kuchnia zawsze potrzebuje rąk — powiedział — Kucharz od miesięcy narzeka, że nie daje rady.
— Zaczynam jutro — odpowiedziała Emma.
Tej samej nocy Sara pojawiła się w drzwiach jej pokoju, w koszuli nocnej z przytulańcem nową lalką.
— Przykryjesz mnie? — poprosiła — Tak jak w chacie.
Emma zawahała się. Pokoik dziewczynki był ozdobiony na różowo i biało, z dbałością o detale, które mówiły o matce, która włożyła serce w każdy wybór. Wejście tam, usiąść na tym łóżku, zaakceptować prośbę, wydawało się jak przekroczenie progu, z którego nie ma powrotu.
— Proszę… — szepnęła Sara, z wielkimi oczami, które zdawały się obejmować całą nadzieję świata.
Emma usiadła obok niej i zaczęła opowiadać: o odważnej dziewczynce, która zaprzyjaźniła się z wilkami, o ojcu, który nauczył się ponownie śmiać, oraz o kobiecie, która zapomniała o swojej sile, aż życie zmusiło ją do przypomnienia sobie. W połowie opowieści Sara zasnęła, trzymając dłoni Emmy, jakby bała się, że zniknie.
James znalazł je tak po chwili. Stał w progu, obserwując je w milczeniu, z wyrazem łączącym dawny ból i nową nadzieję.
— Dziękuję — wymamrotała, gdy Emma wyszła na korytarz.
— Ona wypełnia pustkę… jaka ma kształt matki — powiedziała Emma, uczucie łamania serca pobudzające — Co się stanie, gdy przypomni sobie, że nie jestem jej matką?
— Wie — odpowiedział James, nisko — A mimo to wybiera ciebie. Pytanie brzmi: czy jesteś wystarczająco odważna, by pozwolić, by tak było?
Emma myślała o swojej chacie w górach, o ciszy, którą przedtem myliła z pokojem. Myślała o śmiechu Sary, o pracy w kuchni, w której powoli zdobywała szacunek wszystkich, o spojrzeniach Jamesa na werandzie podczas zachodu słońca, wypełnionych czymś, czego nie odważyła się nazwać.
— Jestem przerażona — wyznała.
James uśmiechnął się, z łagodnością, która rozbroiła jej obrony.
— To znaczy, że ma znaczenie.
Minęły dwa miesiące, które czuły się jak delikatny sen. Emma pracowała w kuchni, zagniatając chleb, gotując potrawy, organizując spiżarnie. Inne kobiety na ranczu, na początku nieufne, zaczęły ją akceptować, gdy zobaczyły, że nie zamierza rządzić, tylko pomagać. Sara nie odstępowała jej na krok: pomagała w stajniach, opowiadała jej o szkole, o koniach, o kociaku, który urodził się w oborze.
James starał się okazywać zainteresowanie cierpliwie. Wieczorne spacery, rozmowy przy ogrodzeniu, gdy niebo barwiło się na pomarańczowo i fiolety, proste tańce na imprezach rancza, jego silna dłoń na talii Emmy, gdy kręcili się pod lampami.
Ale plotki nigdy do końca nie zniknęły. Pewnego popołudnia Emma usłyszała żonę bankiera, głośno mówiącą:
— Taki bogaty cowboy, jak James Cotton, mógłby mieć każdą damę z miasta. A tymczasem bawi się w domki z biedną dziewczyną z pustyni. To żenujące.
Słowa uderzyły ją jak nieoczekiwany cios. Tego wieczoru James znalazł ją na werandzie, patrzącą na gwiazdy z oczami pełnymi wątpliwości.
— Co się stało? — zapytał, podchodząc bliżej.
— Nic — odpowiedziała, głosem pustym — Po prostu przypomniałam sobie, kim jestem. Kim zawsze będę dla nich.
— A co to takiego? — naciskał.
— Nie wystarczająco — wyszeptała — Nie wystarczająco wyrafinowana, nie wystarczająco wykształcona. Nigdy… wystarczająco.
James wziął ją za ramiona, zmuszając do spojrzenia mu w oczy.
— Nie obchodzi mnie, co myślą.
— Ale mnie to obchodzi — głos jej się załamał — Sara zasługuje na matkę, która pasuje do tego świata. Ty zasługujesz na żonę, która wie, jak używać widelca do eleganckiej kolacji.
— Ja zasługuję — powiedział stanowczo — na kobietę, która oddałaby swoje ostatnie jedzenie obcym w czasie burzy. Sara zasługuje na kogoś, kto ją pokocha bezwarunkowo. Oboje zasługujemy na ciebie, Emma. Taką, jaką jesteś.
— A jeśli im zawiodę… — wyszeptała, mając płonące łzy w oczach.
— A jeśli nie? — odpowiedział łagodnie, przesuwając kciukiem po jej policzku — A jeśli zbudujemy coś dobrego razem? A jeśli, po raz pierwszy, miłość wystarczy?
Emma zamknęła oczy na chwilę, czując ciężar każdego strachu, każdej zimy samotności, każdej utraty. Kiedy je otworzyła, w oczach Jamesa nie znalazła pustych obietnic, lecz szczere zaproszenie: by iść razem, z wątpliwościami i wszystkim.
— Jest tylko jeden sposób, aby się o tym przekonać — szepnęła.
Potem pocałował ją, delikatnie, jakby zadawał pytanie. A serce Emmy odpowiedziało, zanim jej umysł znalazł wymówki.
Z okna Sara przyglądała się z wielkim uśmiechem, jakby czekała na ten moment od pierwszej nocy w chacie.
Wiosna nadeszła wcześnie w tym roku. Ślub był skromny: pracownicy rancza, Dutch z poważnym i dumnym gestem, kucharka płacząca, gdy poprawiała welon Emmy, a Sara w białej sukience, która czyniła ją jak promień światła. Pastor mówił o nowych początkach i drugich szansach. James powiedział „tak” z mocnym głosem. Emma odpowiedziała „tak” całym swoim zranionym sercem, gotowa uwierzyć, że życie może dać jej coś więcej niż straty.
Kiedy wyszli na werandę domu — już nie tylko jego, ale ich obu — niebo było pełne gwiazd, a ziemia rozciągała się u ich stóp jak obietnica.
— Dziękuję — powiedziała Emma cicho, opierając głowę na piersi Jamesa — za zgubienie się w moich lasach… i za znalezienie mnie tam.
— Dziękuję tobie — odpowiedział, obejmując ją — za to, że byłaś wystarczająco odważna, by otworzyć drzwi tej nocy.
Ciche kroki przerwały milczenie. Sara pojawiła się w drzwiach, w koszuli nocnej, z rozwichrzonymi włosami, i z uśmiechem zaśnieżonym.
— Czy mogę dzisiaj spać z wami? — zapytała — Jak w chacie.
Emma spojrzała na Jamesa. On spojrzał na nią, a w tym spojrzeniu było prostota pewności: to nie był już pusty dom, ale rodzina, niedoskonała, łatana, ale prawdziwa.
Emma wyciągnęła rękę do dziewczynki.
— Oczywiście, mała — powiedziała — Tym razem… to nasze schronienie na zawsze.