
Weszłam do domu pogrzebowego św. Marka, a zapach lilii wypełnił mi płuca tak mocno, jakby próbował zastąpić powietrze. Dłonie miałam zaciśnięte do bólu; obrączka wciskała się w skórę, przypominając, że wciąż jestem tu, choć część mnie została wyrwana.
Emily Carter miała planować kolory do pokoju dziecięcego i wybierać łóżeczko, nie spoczywać w lśniącej, mahoniowej trumnie. A jednak leżała tam, otulona satyną, z wyraźnie zaokrąglonym brzuchem w ósmym miesiącu ciąży. W głowie wciąż słyszałam telefon sprzed dwóch nocy: „Pani Carter… wydarzył się wypadek”.
W pierwszym rzędzie stał Jason Reed, mój zięć, jakby to on był gospodarzem tego miejsca. Nie tylko stał — na jego twarzy błąkał się lekki uśmiech. Ramię trzymał blisko kobiety, której nigdy wcześniej nie widziałam: blondynka w dopasowanej czarnej sukni ocierała oczy bez śladu prawdziwych łez, po czym spojrzała na niego z dyskretną czułością. On ścisnął jej dłoń.
- lilie w powietrzu mieszały się z zapachem zbyt eleganckich perfum
- trumna Emily stała w centrum, jak ciche ostrzeżenie: „tu się milczy”
- Jason zachowywał się, jakby żałoba była formalnością
Coś we mnie pękło, cicho, ale ostatecznie. Podeszłam bliżej. Uderzył mnie aromat jego wody kolońskiej — zbyt świeży, zbyt „idealny” jak na ten dzień. Z trudem opanowałam drżenie głosu.
— Jason — powiedziałam cicho. — Co ona tutaj robi?
Nawet się nie zawahał. — To Ava — odparł swobodnie, jakby przedstawiał kogoś na grillu w letnie popołudnie. — Jest… ze mną. Wspiera mnie.
„Wspiera mnie”. Słowa zabrzmiały jak żart w miejscu, gdzie nikt nie powinien żartować. Głos podniósł mi się wbrew woli, a kilka osób odwróciło głowy.
— Wspiera? — powtórzyłam. — Moja córka leży w tej trumnie.
Na moment zacisnął szczękę, po czym pochylił się do mojego ucha tak, by inni nie słyszeli. — Uważaj na ton, Linda. Po dzisiaj jestem wolny.
„Po dzisiaj jestem wolny.”
To jedno słowo uderzyło we mnie jak policzek. Spojrzałam na palce Avy — idealnie wypielęgnowane, splecione z jego dłonią — i poczułam impuls, by odciągnąć ją stamtąd. Ale między nami stała trumna Emily, jak granica, której nie mogłam przekroczyć. Nie tutaj. Nie teraz.
Prawnik pojawił się spóźniony: mężczyzna w szarym garniturze, pan Dawson, niosący teczkę tak, jakby ważyła tonę. Obok mnie przysunęła się Sarah, najbliższa przyjaciółka Emily. Szeptała, nie patrząc mi w oczy:
— Emily kazała mi obiecać, że będę na tobie… że będę na tym. Że mam tu być.
Te słowa zabrzmiały dziwnie. Jakby moja córka przewidziała, że tego dnia wydarzy się coś więcej niż pożegnanie.
- Jason wyglądał na pewnego siebie, niemal rozbawionego
- Sarah była napięta, jakby trzymała w sobie tajemnicę
- prawnik ściskał teczkę, jakby bał się jej zawartości
Gdy ceremonia dobiegła końca, pan Dawson odchrząknął i poprosił, by wszyscy zostali na miejscach. Krzesła zaskrzypiały, ktoś westchnął, a w sali zapadła cisza cięższa niż wcześniej.
Jason wyprostował się, a na jego twarzy znów pojawił się ten pewny siebie półuśmiech. — Zróbmy to szybko — rzucił głośno, jakby chodziło o sprawę urzędową, nie o ostatnią wolę zmarłej.
Prawnik otworzył teczkę i wyciągnął dokument. — Testament Emily Carter — oznajmił formalnie. — Zawiera on warunek dotyczący jakiegokolwiek dziedziczenia.
Jason parsknął, nie kryjąc pogardy. — Warunek? Przecież bez mnie nie miała nic.
Pan Dawson uniósł pojedynczą kartkę. Zauważyłam, jak pewność siebie Jasona drgnęła, gdy próbował odczytać pierwsze zdanie przez ramię prawnika. Uśmiech zgasł mu na twarzy, a skóra jakby straciła kolor.
— Nie… nie, to niemożliwe — wydusił.
I wtedy zrozumiałam: Emily przewidziała wszystko. Tak jakby już wcześniej wiedziała, kto przyjdzie do jej trumny i z jakim uśmiechem. Nie miałam jeszcze treści tego warunku, ale widząc reakcję Jasona, poczułam pierwszy raz od dwóch dni coś innego niż bezradność — cichą, bolesną ulgę, że moja córka nie była bezbronna.
Podsumowując: w dniu, który miał być wyłącznie pożegnaniem, na jaw wyszło, że Emily zostawiła po sobie nie tylko żal i ciszę, ale też plan. A ten plan właśnie zaczął działać.