Niezwykła opowieść o rozstaniu i nowym początku
– Znowu zimna zupa, Zsuzsa! – wykrzyknął Gábor, gdy usiadł na krześle w kuchni. Łyżka głośno uderzyła w brzeg talerza. – Nie rozumiem, po co gotujesz, skoro i tak nie wychodzi.
Ręce mi drżały, gdy odkładałam chochlę do garnka. To był drugi dzień świąt Bożego Narodzenia. Powietrze w mieszkaniu wypełnione było zapachem pomarańczy i cynamonu, zbożowym drzewkiem, ale w moim sercu skrywał się jedynie lodowaty strach i gniew. Na stole stały tradycyjne potrawy, wszystkie te, które nauczyła mnie mama, ale na twarzy Gábora widniały jedynie znudzenie i obrzydzenie.
– Próbowałam… – powiedziałam cicho.
– Nie próbuj, przestań! – wszedł mi w słowo. – Poza tym… – zatrzymał się, a nagle wstał. Już trzymał płaszcz w ręku. – Idę. Nie czekaj na mnie wieczorem.
– Dokąd idziesz teraz? – zapytałam, lecz jedyną odpowiedzią był trzask zamykanych drzwi.
Milczenie ogarnęło mnie jak mokry koc. W blasku lampki przyglądałam się własnemu cieniowi na ścianie. Jesteśmy małżeństwem od siedmiu lat. Po raz pierwszy poczułam, że naprawdę jestem sama.
Tej nocy nie wrócił. Nie wrócił następnego dnia ani w trzeci dzień, gdy przyszedł z walizką.
– Zsuzsa, musimy porozmawiać – powiedział zmęczonym głosem.
– Co się stało? – zapytałam, ale już wiedziałam. Moje serce z bólem skurczyło się.
– Mam kogoś. Od dłuższego czasu. Nie chcę dłużej kłamać. Kocham ją. Wyprowadzam się.
Jego słowa brzmiały w moim umyśle jak krople wody spadające z kranu. Próbowałam złapać oddech, jakby ktoś ściskał mi gardło.
– A ja? A co z nami? – zapytałam chrapliwie.
– Przykro mi. Nie chcę się kłócić. Mieszkanie zostawiam tobie, tylko samochód zabiorę. Papierami zajmiemy się w styczniu. Wesołych świąt… albo co tam chcesz.
I wyszedł. Pozostał po nim tylko zapach oraz zgnieciona koszula leżąca na kanapie.
Tej nocy nie zjadłam nic. Siedziałam w kuchni, patrzyłam na pusty krzesło i słuchałam śmiechów dobiegających z sąsiedniego mieszkania. Mama zadzwoniła:
– Córeczko, przyjdź do nas! Nie bądź sama!
– Nie chcę teraz nikogo widzieć – szepnęłam.
– Przynajmniej porozmawiajmy! – błagała.
– Może jutro… może.
Polożyłam telefon i zaczęłam płakać. Płakałam jak w dzieciństwie, gdy tata wyjeżdżał na tydzień i myślałam, że nigdy nie wróci.
Następnego dnia zadzwoniłam do najlepszej przyjaciółki, Kati.
– Gábor odszedł – wypowiedziałam na głos.
– Zdradził cię? – zapytała cicho Kata.
– Tak… Od dłuższego czasu. A teraz się wyprowadził.
– Przyjdź do mnie! Zrobię grzane wino, obejrzymy „Bridget Jones”!
– Nie chcę teraz widzieć nikogo… tylko być sama.
Kata nie naciskała dalej. Wiedziała, że potrzebuję czasu.
Dni mijały powoli. W okresie świątecznym wszyscy publikowali radosne zdjęcia na Facebooku: rodzinne obiady, sterty prezentów, uśmiechnięte dzieci. Ja tylko siedziałam w piżamie, patrzyłam przez okno na pusty plac zabaw i starałam się nie myśleć o tym, że nigdy nie mieliśmy dzieci.
W Sylwestra postanowiłam: nie będę już przez niego płakać. Poszłam do sklepu, kupiłam butelkę szampana i pudełko lodów. W drodze powrotnej spotkałam pana László, mojego sąsiada z parteru.
– Zsuzsikám! Dlaczego jesteś taka smutna? – zapytał uprzejmie.
– Nic się nie stało… po prostu jestem zmęczona – skłamałam z uśmiechem.
W domu udekorowałam okno łańcuchem świetlnym, włączyłam radio i usiadłam do napisania listy: Czego pragnę w nowym roku?
- Nie płakać więcej z powodu Gábora.
- Nauczyć się kochać siebie.
- Na nowo uwierzyć, że można być szczęśliwym samemu.
- Może kiedyś znowu zaufać komuś…
Kilkanaście minut przed północą ktoś zapukał do moich drzwi. Zaskoczona otworzyłam: stał tam nowy sąsiad, którego znałam tylko z widzenia – miał na imię Tamás.
– Przepraszam… słyszałem radio… Jesteś sama? – zapytał z zakłopotaniem.
– Tak… ale nie ma sprawy – powiedziałam szybko.
– Ja też jestem sam w tę noc… Pomyślałem, może mógłbym przynieść trochę domowych przekąsek? Mama upiekła je na wsi…
Uśmiechnęłam się po raz pierwszy od wielu dni.
– Wejdź! Mam też szampana!
Usiedliśmy w salonie, jedliśmy przekąski i rozmawialiśmy o różnych rzeczach: o dzieciństwie, wakacjach na wsi, tym, jak trudno znaleźć mieszkanie na wynajem w Budapeszcie i o tym, jakie to uczucie zaczynać wszystko od nowa po trzydziestce.
O północy wspólnie oglądaliśmy fajerwerki przez okno. Tamás mówił cicho:
– Wiesz… ja też właśnie się rozwiodłem. Żona odeszła do innego mężczyzny. Myślałem, że nigdy tego nie przetrwam… Ale teraz siedzę tutaj z tobą i po raz pierwszy czuję, że może być coś dobrego w tym roku.
Patrzyłam na niego i czułam, że już nie jestem sama. Nie zakochałam się od razu – ale w moim sercu zagrzała się jakaś nowa nadzieja.
Pierwszego dnia nowego roku Tamás przyniósł mi dwie filiżanki kawy i świeży chleb.
– Zaczynamy od nowa? – zapytał z uśmiechem.
Kiwałam głową. A tak zaczęła się zupełnie nowa historia: przyjaźń, a potem powoli coś więcej. Nie było łatwo: mama martwiła się („Czy to nie za wcześnie?”), Kata ostrzegała („Nie ufaj od razu wszystkim!”), ale w końcu to ja decydowałam o wszystkim.
W dniu rozwodu Gábor nawet nie spojrzał na mnie porządnie. Szybko podpisaliśmy dokumenty; spieszył się z powrotem do nowej rodziny. Ja jednak poczułam ulgę: jakby zszedł ze mnie olbrzymi ciężar.
Z Tamásem powoli budowaliśmy nasze wspólne życie: najpierw tylko weekendowe spacery w miejskim parku, potem wspólne gotowanie (on gotował lepiej ode mnie), a nawet śmialiśmy się razem, gdy przypiekło się jajka lub rozlało zupę.
Najtrudniejsze jednak było: przebaczenie sobie lat marnotrawstwa, wyrzutów i wstydu. Że nie zauważyłam kłamstw Gábora na czas; że pozwoliłam sobie na poniżenie; że myślałam, że bez niego jestem nikim.
Today, I already know: every ending can be a new beginning – if we are brave enough to take the first step.
Teraz siedzę obok Tamása przed kolejnymi Świętami; nie boję się już, gdy coś się kończy. Wiem, że zawsze można zacząć od nowa – nawet samemu.
Co myślicie? Czy rzeczywiście każdy koniec jest nowym początkiem? A może jest ból, którego nigdy się nie da przezwyciężyć?