
Ogród pod ciężkim niebem
Nad wsią wisiało tamtego roku niskie, przytłumione niebo — takie, które sprawia, że nawet ściany domów wyglądają jakby przykurzone ołowiem. Wera Artemjewa siedziała przy oknie w izbie i bezwiednie obracała w palcach gładki skórzany pasek, leżący na stole. Zegar na ścianie wybijał kolejne sekundy, a każda z nich kładła się na jej sercu jak kamień.
Anna znów nie wróciła o umówionej porze. I nie było w tym nic nowego — od kilku lat najstarsza córka jakby celowo wystawiała cierpliwość matki na próbę, żyjąc szybko, głośno i na przekór temu, co we wsi uznawano za „porządne”.
W domu dorastała jeszcze dwójka młodszych dzieci: ośmioletni Giennadij, chłopiec cichy i uważny, oraz sześcioletnia Swietłana — drobna, pomocna, z jasnym spojrzeniem. Oni byli dla Wery spokojną przystanią. Anna — córka z pierwszego, dawno rozpadłego się związku — przypominała raczej wiatr, którego nie da się zatrzymać: muzyka, śmiech, spotkania przy drodze, a przy tym upór i zadziorność.
Wera najbardziej bała się nie plotek, lecz tego, że lekkomyślność jednej osoby spadnie cieniem na całe gospodarstwo i na niewinne dzieci.
Jej myśli przerwało ciche pukanie do sieni. W progu stanęła sąsiadka, Kławdia — kobieta serdeczna, dziś jednak wyraźnie skrępowana. Przestępowała z nogi na nogę, jakby nie umiała zdecydować, od czego zacząć.
— Wera… wybacz, że zachodzę. Wiem, że masz na głowie i pracę, i dom. Ale nie umiem milczeć. Twoją dziewczynę trzeba by jakoś… przytrzymać, zanim z tego wyjdzie nieszczęście.
— Jakie nieszczęście, Kławdia? Mów prosto.
— O twoją Annuszkę chodzi. Widziałam ją dziś na łące za rzeką… Poszłam napoić krowę i… no, była w wysokiej trawie. W pobliżu leżały porzucone rzeczy. Zawołałam, a ona tylko się roześmiała, że od hałasu uciekła i odpoczywa. A w krzakach coś zaszeleściło… Wystraszyłam się, bo pomyślałam, że to ktoś z naszych. Krowa mi się zerwała, pobiegłam za nią. Gdy wróciłam — już nikogo nie było. Została tylko chusteczka.
Kławdia podała mały skrawek materiału z haftem, który Wera znała aż za dobrze. Sama wyszywała ten wzór i dała go Annie na imieniny. W środku Wery zrobiło się lodowato.
— Nikomu ani słowa… proszę cię — wyszeptała.
— Spokojnie. Nie przyszłam tu szkodzić. Po prostu… żal mi ciebie. Dziewczyna dorosła, a zachowuje się tak, że potem nikt jej nie oszczędzi językiem.
- Wera bała się plotek, bo plotki we wsi żyły dłużej niż prawda.
- Martwiła się o młodsze dzieci, które mogły zapłacić za cudze błędy.
- Czuła, że traci wpływ na Annę, choć próbowała rozmawiać setki razy.
Kiedy sąsiadka wyszła, Wera usiadła ciężko na ławie. Łzy napłynęły same — nie tylko ze wstydu, ale z bezsilności. Zrozumiała, że to już nie zwykłe nieposłuszeństwo. To krawędź, za którą zaczyna się coś, czego nie da się cofnąć.
Wreszcie w sieni rozległy się szybkie kroki. Wera podniosła się, a pasek w dłoni wydawał się nagle zbyt ciężki. Jednak w progu pojawił się nie ktoś, kogo oczekiwała, lecz Ilja — jej mąż, ojciec Giennadija i Swietłany, a dla Anny tylko ojczym.
— Co się stało? Jesteś blada. I… po co ci to? — zapytał, patrząc na pasek.
— Będę ją wreszcie uczyć rozumu. Słowa do niej nie docierają. Choć raz pokaż stanowczość, Ilja.
— Bić dziewczynę? Nie potrafię. Nie moja krew… i nie wierzę, że to coś naprawi.
Rozmawiali ściszonymi głosami, by nie obudzić młodszych, gdy do izby weszła Anna. Zatrzymała się w drzwiach, spojrzała na matkę i ojczyma, a na jej twarzy błąkał się znajomy, przekorny uśmiech — taki, który zawsze mówił: „i tak zrobię swoje”.
— Znowu narada? A może tym razem po prostu kara? — rzuciła zaczepnie.
— Nie, Anno — odpowiedziała Wera cicho, aż nienaturalnie spokojnie. — Koniec rozmów.
Wera zrobiła krok. Ilja spróbował stanąć między nimi, ale ona odsunęła go zdecydowanym ruchem. W domu rozległ się ostry, krótki trzask paska w powietrzu — i jeszcze jeden. Anna cofnęła się, straciła pewność w nogach, osunęła na podłogę i zasłoniła się rękami. A potem krzyknęła słowa, które ucięły wszystko jak nożem:
— Mamo… przestań! Ja… ja nie jestem sama!
Pasek wypadł Wierze z dłoni, jakby nagle przestała mieć siłę w palcach. Świat zamilkł, a w jej piersi odezwał się ciężki, łamiący płacz.
Ilja pobladł. Pomógł Annie wstać i wyprowadził ją na podwórze, z dala od śpiących dzieci. Przez ścianę dobiegały przytłumione głosy, urywane zdania, cisza, znów szmer — jakby oboje szukali słów, które nie ranią, a jednak muszą paść.
Po dłuższej chwili Anna wróciła do izby. Wera wskazała jej miejsce przy stole. Jej głos stał się suchy i obcy, jakby mówiła nie do córki, tylko do kogoś, kogo dopiero poznaje.
— Kto jest ojcem?
Anna spuściła wzrok i uparcie milczała, a potem wypowiedziała słowa, które zabrzmiały jak dziecinne zaprzeczenie:
— Nie ma ojca.
— Z kim byłaś? — Wera nie podniosła głosu, ale w tym pytaniu było tyle napięcia, że powietrze zdawało się gęstnieć. — Odpowiadaj.
W izbie zrobiło się tak cicho, że słychać było tylko zegar. A za oknem — wieś pod ciężkim niebem, która nie wiedziała jeszcze, że niedługo przyjdą dni, gdy ludzkie sekrety przestaną być najważniejszym zmartwieniem.
Podsumowanie: Wera próbowała utrzymać dom w spokoju, ale jedna wiadomość przewróciła jej życie do góry nogami. Zamiast zwykłego buntu nastolatki pojawił się ciężar odpowiedzialności i pytanie, którego nie dało się już ominąć: co dalej, kiedy wstyd miesza się ze strachem, a nadchodzące wydarzenia mają zmienić wszystko?