— Nie obchodzi mnie, co sobie o tym myślisz. To jest mój dom. Mój. A ty wprowadzasz obcą osobę i oznajmiasz, że teraz ona tu rządzi?!
Artem pojawił się w korytarzu, jakby liczył, że samą obecnością rozbroi napięcie.
— Katia, przestań podnosić głos… dziecko słyszy. On już wszystko rozumie.
— A kto pytał o jego zdanie? — Katia wskazała na pokój, skąd dobiegał dźwięk bajki. — Kto pozwolił im tu siedzieć? Mogłeś chociaż uprzedzić, że się wprowadzają.
Olga stała przy zlewie tyłem do nich i powoli szorowała kubek. Nie kłóciła się, ale też ani drgnęła, jakby każdy jej ruch był dawno zaplanowany.
„Spokojnie porozmawiamy”… tylko kiedy?
— Chciałem po prostu omówić to na spokojnie… — zaczął Artem.
— Nie. Ty nie omawiasz. Ty milczysz, kiedy tu wszystko wywraca się do góry nogami: moje rzeczy znikają, meble wędrują po mieszkaniu, a moje ubrania nagle ustępują miejsca cudzym! To ma być twoje „rozwiązanie problemu”?
— Mówiłem, że zostaną u nas… — mruknął. — To nie spadło z nieba.
— Powiedziałeś: „na parę dni”! — Katia zacisnęła dłonie w pięści. — A teraz ona zachowuje się, jakby dostała klucze do całego życia. Ty uważasz, że to normalne?
- zapowiedź „na chwilę” zmieniła się w stałe zamieszkanie
- granice w domu przestały istnieć
- wspólna przestrzeń została przejęta bez rozmowy
Olga odwróciła się, z miną cierpliwej nauczycielki.
— Może wystarczy już tych scen w kuchni? Jesteśmy dorośli. Masz pretensje — porozmawiamy spokojnie.
— Spokojnie? — Katia parsknęła gorzko. — Wchodzisz, przestawiasz, decydujesz. A ja mam udawać, że nic się nie dzieje?
— To ja decyduję? — Olga uniosła brew. — Z tego, co widzę, to twój brat podjął decyzję. Czy ty naprawdę sądzisz, że on nie potrafi myśleć samodzielnie?
Katia spojrzała na Artema. On tylko na moment podniósł wzrok, po czym znów utkwił go w podłodze, jakby szukał tam gotowej odpowiedzi.
Słowa, które bolą najbardziej
— Po prostu go wykorzystałaś, bo ma dach nad głową — powiedziała Katia ciszej, ale ostrzej. — I tyle.
Olga odpowiedziała łagodnym, niemal uprzejmym tonem:
— To jest niegrzeczne. Jeśli chcesz tu mieszkać, naucz się mówić bez obrażania.
W jednej chwili cisza zrobiła się ciężka. Taka, w której słychać nawet własne myśli.
— Może… może to ty powinnaś się wyprowadzić? — odezwał się nagle Artem, nie patrząc na nią. — I tak nigdy nie jesteś zadowolona.
Katia zastygła, jakby nie usłyszała dobrze.
— Co ty powiedziałeś?
— Nic… Po prostu ciągle jesteś zła. Wszystko cię męczy. Może łatwiej byłoby ci samej…
Patrzyła na niego z niedowierzaniem, jakby jednym zdaniem przesunął granice świata.
— Czyli wyrzucasz mnie z mojego mieszkania, Tema?
— Ja nikogo nie wyrzucam… ja tylko…
— Mama by cię nie poznała — wyszeptała.
— Nie wciągaj mamy — burknął.
Rachunek za milczenie
— A kto się tobą zajmował, kiedy nie miałeś pieniędzy całymi miesiącami? — Katia mówiła coraz ciszej, ale w każdym słowie było napięcie. — Kto kupował jedzenie? Ja? Czy ona?
— Nie prosiłem cię o to…
— No właśnie. Ty nigdy nie prosisz. Ty tylko pozwalasz, żeby inni dźwigali za ciebie. A teraz znalazłeś kogoś, kto chce zająć moje miejsce, i myślisz, że ja mam po prostu zejść z drogi?
Olga westchnęła, jakby kończyła rozmowę, która od początku ją nużyła.
— Wystarczy. Nie mamy obowiązku słuchać twoich wybuchów. Porozmawiamy, kiedy się uspokoisz.
- Katia czuła, że traci dom, ale jeszcze bardziej — głos w tej rodzinie.
- Artem wybierał wygodę milczenia, nawet jeśli kosztowała kogoś bliskiego.
- Olga zachowywała spokój, który brzmiał jak rozkaz.
Katia sięgnęła po swój ulubiony kubek — stary, z wyblakłymi bzem i małym wyszczerbieniem przy brzegu. Trzymała go przez chwilę, jakby ważyła w dłoniach nie porcelanę, tylko wspomnienia. Potem jednym ruchem wrzuciła go do kosza. Głuchy dźwięk uderzenia przerwał ciszę.
W tej chwili stało się jasne, że tu nie chodzi o jeden kubek, ani o jedną kłótnię. Chodzi o granice, o szacunek i o to, kto wreszcie odważy się powiedzieć prawdę wprost — zanim „dom” przestanie cokolwiek znaczyć.
Podsumowanie: Katia zderzyła się nie tylko z nieproszonymi zmianami w mieszkaniu, ale też z bolesnym brakiem lojalności ze strony brata. Kiedy w czterech ścianach pojawia się ktoś nowy, bez rozmowy i zgody, najpierw pęka spokój — a chwilę później relacje.