O poranku deszcz tłumił wszelkie dźwięki, jakby całe Ravenshollow kryło się pod szarością. Mateo Rios biegł mokrym bulwarem, czując, jak ciężar dnia uciska jego klatkę piersiową. CV, osłonięte jedynie cienką foliową kopertą, delikatnie uderzało o jego piersi. Starł z czoła pot, mimo że deszcz przesączył go do ostatniej nitki. To była już jego czwarta rozmowa o pracę w sezonie wiosennym – i ostatnia, na którą mógł sobie pozwolić. Lekarstwa dla matki się kończyły, a oszczędności stopniały do garści monet, podczas gdy groźby właściciela lokalu stawały się coraz bardziej wyraźne.

Przypomniał sobie, jak o świcie matka położyła mu dłoń na policzku, mówiąc cichym głosem, jakby zmęczona latami trosk: „Bądź sobą. A jeśli świat stara się uczynić cię okrutnym, wybierz dobro.” Te proste słowa głęboko utkwiły mu w pamięci.
Jego krok stał się szybszy, gdy zbliżał się do skrzyżowania, lecz coś przykuło jego uwagę obok wąskiego zadaszenia przystanku. Starsza kobieta siedziała skulona na metalowej ławce, w przemoczonym bordowym płaszczu, drżąc z zimna. Ludzie mijali ją obojętnie, zbyt zajęci, by się zatrzymać. Spróbowała wstać, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Mateo poczuł niepokój.
Sprawdził godzinę. Jeśli się zatrzyma, spóźni się. Jeśli nie, ta kobieta pozostanie bez pomocy.
Wziął głęboki oddech i podszedł do niej.
– Proszę pani, wszystko w porządku? – zapytał, pochylając się, aby go usłyszała mimo deszczu.
Jej blade oczy wzniesione ku niemu, były zmartwione. – Zakręciło mi się w głowie. Wszystko zaczęło kręcić. Nie mogę odzyskać równowagi.
Mateo zszedł z kurtki i ostrożnie okrył nią jej ramiona. Była mokra, ale lepsza niż nic.
– Pomogę pani wstać. Proszę chwycić mnie.
Wahała się, zaskoczona. – Nie chcę być kłopotem. Poradzę sobie.
– Naprawdę, pozwólcie mi pomóc.
Objęła go delikatnie, a on powoli pomógł jej stanąć. Okazała się lżejsza, niż myślał, ale przemoczone ubrania i śliskie buty utrudniały zachowanie równowagi. Mocniej ją podtrzymał.
– Jest pan bardzo życzliwy – wyszeptała drżącym głosem.
Mateo spojrzał w stronę szklanego biurowca kilka ulic dalej. Tam czekała jego przyszłość, ale ta kobieta potrzebowała go teraz. Odwrócił się od drogi do pracy i skierował się w stronę postoju taksówek.
Nim zdążyli odejść, przy krawężniku zatrzymał się elegancki, szary sedan. Z pojazdu wybiegł mężczyzna w garniturze, panicznie rozglądając się.
– Mamo? – zawołał, podbiegając do nich.
Starsza kobieta ścisnęła ramię Mateo, wydychając ulgę. – Nic mi nie jest, Oliver. Zasłabłam.
Mężczyzna spojrzał na Mateo. – Pan jej pomógł?
– Tak – odpowiedział Mateo cicho. – Była sama i źle się poczuła.
Na twarzy mężczyzny pojawił się wyraz ulgi. – Dziękuję. Jestem Cyrus Warren. Mogę panu jakoś pomóc? Wygląda pan na przemoczonego.
Mateo pokręcił głową. – Mam rozmowę o pracę. Już jestem spóźniony.
– W jakiej firmie?
Padło z jego ust automatycznie. Dostrzegł subtelną zmianę w postawie Cyrusa, dostrzegając błysk rozpoznania w jego oczach.
– Proszę wsiadać. Podwieziemy pana – zaproponował Cyrus.
Mateo poczuł nagły wstyd. Jego ubranie były brudne, buty zachlapane, a on nie chciał zanieczyścić idealnie czystego wnętrza samochodu.
– Dziękuję, ale lepiej będzie, jeśli pójdę pieszo.
Cyrus nie nalegał. Pomógł matce wsadzić się do pojazdu, a zanim zamknął drzwi, starsza kobieta ujęła dłoń Mateo.
– Zatrzymał się pan, gdy inni nie. Proszę o tym nie zapominać.
Samochód odjechał, a Mateo poszedł dalej, choć każdy krok był coraz cięższy.
Gdy wszedł do holu korporacyjnego, wyglądał jak ktoś, kto wyszedł prosto z burzy. Ochroniarz spoglądał na niego podejrzliwie, ale w końcu go przepuścił. Mateo podszedł do recepcji.
– Jestem umówiony na rozmowę o stanowisko analityka. Mateo Rios – oświadczył.
Recepcjonistka spojrzała na ekran. – Przykro mi, szef przeszedł już do kolejnego kandydata. Spóźnił się pan.
– Pomogłem kobiecie, która zasłabła na ulicy. Jeśli mogę to wyjaśnić…
– Rozumiem – przerwała uprzejmie – ale decyzja jest ostateczna.
Gdy wyszedł na zewnątrz, był oszołomiony. Deszcz zelżał, ale świat wydawał się wciąż ciężki. Przysiadł obok kiosku, ukrywając twarz w dłoniach. Wyciągnął telefon, by zadzwonić do matki, lecz zanim to zrobił, otrzymał wiadomość:
„Panie Rios, prosimy o natychmiastowy powrót do budynku. Zarząd wzywa pana.”
Mateo zamrugał. Biuro Zarządu?
Kiedy wracał, zauważył zaskoczenie recepcjonistki. Wskazała kierunek do prywatnej windy.
Na ostatnim piętrze znalazł się w przestronnym gabinecie z widokiem na miasto. Za biurkiem siedział Cyrus Warren.
Cyrus wstał. – Cieszę się, że pana znowu widzę. Proszę usiąść.
Mateo opadł na krzesło, wciąż ociekając wodą.
– Moja matka dochodzi do siebie. Gdyby nie pan, mogłaby upaść na ulicy. Nigdy o tym nie zapomnę.
– Zrobiłem tylko to, co każdy mógłby uczynić – odpowiedział Mateo cicho.
– A jednak tylko pan to zrobił – uśmiechnął się lekko Cyrus. – I mówi mi to ważne rzeczy o panu.
Otworzył teczkę z jego CV.
– Ma pan determinację. Pracował pan na studiach. Wspiera pan matkę. Dzisiaj pokazał pan coś, czego nie można nauczyć – uczciwość.
Po chwili dodał: – Gdyby mógł pan cofnąć czas, pomógłby pan jej ponownie, wiedząc, że spóźni się pan na rozmowę?
Mateo zawahał się tylko na moment. – Tak. Zrobiłbym to jeszcze raz.
Cyrus skinął głową. – W takim razie jest pan dokładnie tym człowiekiem, którego pragnę w swojej firmie. Stanowisko jest pana.
Mateo spojrzał na niego szeroko otwartymi oczami. – Naprawdę?
– Tak. A moja matka chce osobiście podziękować panu.
W sąsiednim pomieszczeniu siedziała już owinięta w suchy koc starsza kobieta. Uśmiechnęła się ciepło.
– Oto mój bohater z przystanku.
– Jak się pani czuje? – zapytał Mateo.
– Lepiej. A to, że mogę panu podziękować, sprawia, że czuję się zdrowo.
Chwyciła go za rękę. – Ten świat pędzi za szybko. Ludzie przestają na siebie patrzeć. Ale pan nie. Proszę nigdy tego nie tracić.
Gdy Mateo opuścił budynek, chmury zaczęły się rozsuwać. Szedł wolno po mokrym chodniku, odczuwając jak w jego sercu rodzi się dawno zapomniana nadzieja. Burza kosztowała go czas, godność i komfort, ale przyniosła coś znacznie cenniejszego. I właśnie w tej chwili zrozumiał, że wybór dobra nie cofnął go wcale. Otworzył drzwi, których tak bardzo się obawiał.